I OFFER COOPERATION IN THE FOLLOWING AREAS OF ACTION. FIND YOUR INTEREST AND LET’S TALK HOW I CAN HELP YOU. / PROPONUJĘ WSPÓŁPRACĘ W NASTĘPUJĄCYCH …
Read MoreTrochę poezji i delikatnej erotyki ze zbioru mojego autorstwa
„WIERSZE NIEDOKOŃCZONE…”
ETOLA Z BZÓW
(imieniny, maj…. liściaste kule nad miastem, w środku ludzie ….szepcą)
Samotna śpię
Oddechem lekko
odrzucasz włosy z mego karku
Nie czuje nic,
w przestrzeni snu
szeroko oczy mam otwarte
W fotelu kiedy magia snu
zaciera przestrzeń między nami
Staje się bliska, jestem tu
dotykam lekko bzu palcami
Świt nas rozdziela, chłodny brzask
usuwa czar, przygasza cienie
W pościeli został zapach Twój
Deszcz fioletowy spadł na ziemię
MGŁA
Balkonem wpływa biała mgła
otula stopy ciepłym wirem
A ja tak naga cicho trwam
w tę jedną, tę magiczną chwilę
Uciekam w głąb, kamienny stół
na blacie skrywam się i widzę…
Jak ona wnika biała tak
i szklane płyną w niej motyle
Przyniosły posmak Twoich ust
aby przesycić nim powietrze
Znów przestraszona …dotknąć chcę
Na moment mam cię tu
Nareszcie…
11.09.2000 – po południu
MCHY
Ty mnie strąciłeś w mchy i piach
Brzuchem dotykam miękkiej trawy
Ze skały chłodnej w mroczny żar
i teraz świat mój płonie cały
Przez morze lęku, pusty czas,
który wypełniał chwile chłodem
budzisz namiętny poszept, żal
I teraz wiem, że świat już może…
obudzić we mnie z pragnień łuk,
który ku Tobie się wypręża,
jak mego ciała cichy jęk,
jak białych pleców jasna wstęga…
PAJĘCZONITKI
/opowieści poranne/
Nić pajęcza poszarpana…
Przeciskałam się dziś rano
przez niteczki i kropelki,
przez fiolety, karmazyny,
przez szarości i kobalty…
Teraz drogę mam otwartą
do krainy, którą sama
Zwykłam ze snu budzić z rana
Na mnie czekasz niecierpliwy
senny jeszcze, pieszczot chciwy
Pachniesz słodko snem korzennym
Jesteś jeszcze senny…senny
Sięgasz i dotykasz lawy,
która lekko palce parzy
Przez niteczki i kropelki
biały fiolet i muszelki
mej rozkoszy sięgasz, która
też jest senna…
jest jak chmura,
co kobaltem pęta oczy
i prowadzi tam, gdzie z rana
zwykłam ze snu wstawać sama…
Dotyk
Tak w zachwycie, gdy dotykasz
W łuk wyginam się i tracę
Stóp oparcie w winie skryte
Gdy dotykasz….tak w zachwycie…
Czy mnie widzisz?
Palców Twoich
niespokojne czuję drżenie
W głębi, na dnie gdzieś ukrytych
Zaplątanych we mnie sennie…
… LĘK…
Wędrówka nad przepaścią,
mgła…..
Wiatr zrywa skały nagłym ruchem
Kaskady kropel, płynny blask
Szept migocący w moim uchu.
Naprężam uda, czarny ptak
przesuwa skrzydłem po podbrzuszu
Krok daje naprzód
mały tak…
i już nie słucham Cię, nie słucham
Twoich ostrzeżeń
Twoich próśb,
które prowadzą mnie bezpiecznie
lecz chcą odebrać grozy smak
I chcą odebrać mi powietrze…
NIE WIEM…
To tak jakby
sama nie wiem
przestrzeń się wypełnia śniegiem
ręce płoną, roztapiają
Sama nie wiem,sama nie wiem
To tak nagle pragnę Ciebie
Sny się roztańczyły ledwie
Cienie drżą i różowieją
Pragnę Ciebie?
Sama nie wiem…
To tak czasem krzyczy we mnie
echem się odbija, …kiedy
przenikają ciała w siebie
Nic już nie wiem,
Nie chce wiedzieć.
CHWILA…
Palce nasze zaplecione
W nagłym skurczu uwikłane,
W jasne pasma, których skóra
pod językiem jak aksamit…
drży, oddając ciepłe fale,
pulsowanie bioder nagłe.
W twoich dłoniach zakochane
moje piersi całkiem nagie…
BRAMY CZASU…
Bramy czasu, przestrzeń głucha
Słyszę łoskot w dole gdzieś.
To przesuwa się cień…
Słucham…
Twoje kroki niczym deszcz.
Deszcz, którego krople nagie,
ciepłe, duże, niespodziane
płyną w bramy czasu ruchem
lekkim…dobrze mi już znanym.
Uderzają w dach z czerwieni,
naszych dotknięć – maków ślad
Pieszczą szyby mokrym puchem,
rozmazują srebrny szlak.
Widzę kosmyk…
tuż za uchem,
na twych wargach mokrych wiatr.
Wiatr osusza słowa głuche.
w bramach czasu tkwi nasz świat.
„NASTAŁA ZIMA…”
tekst jest fragmentem ze zbioru opowiadań „OKNA WYOBRAŹNI” / Joanna K. Wędrychowicz /
wydawca: INTERAKTIVE
Nastała zima, droga pod lasem dotąd ciemno-brunatna i miękka od nasiąkniętych deszczem liści, stwardniała, pełna wyżłobień i kolein. Przedtem szło się tak miękko, ciapiąc w chlupoczących kałużach, błoto mlaskało i oblepiało buty, przyklejając do nich niezliczone liście, igły, grudki błota i szarego piasku. Niewidoczne w przedwieczornych mgłach i szarudze, otulone płaszczami, spieszne, skulone postacie, rzadko przemykały na tle lasu. Dziewczyna szła skrajem drogi zamyślona i jakby nieobecna. Kołnierz puchatej kurtki skrywał drobną twarz z ciemnymi, zdecydowanymi łukami brwi. Jej smukła postać była tylko miękką kreską na tle wieczornego nieba. Młody wysoki, mężczyzna, który minął ją niedaleko wielkiego dębu, spojrzał przelotnie ledwie rejestrując szczegóły jej twarzy. Myślał o pracy i czekającej go podróży. Każde z nich, jeszcze przed zmrokiem chciało znaleźć się w domu, uciec przed chłodem i ciemnością. Zapadał zmierzch. Pola pokrył pierwszy śnieg, jeszcze niewystarczający by ukryć nierówności i muldy, zbyt ulotny i poddany podmuchom lodowatego wiatru, przemieszczającego biało-bure welony chłodu w geometrii szarej, niewyraźnej i zamazanej przestrzeni wieczoru.
Dom na skraju lasu był zwyczajny. Jego drewniany, szeroki ganek, nieco pochylony był ku przodowi, a dach płynnie zsuwający się ku oknom i kryjący szerokie drewniane drzwi byłby ciemny i smutny, gdyby nie ciemnoczerwony komin i biała smuga dymu snująca się delikatnie po wilgotnej pochyłości dachówek. Mebli i niezbędnych do życia sprzętów było w pokoju niewiele. Szeroki tapczan przykryto włochatym kocem. Mosiężna lampa z łańcuszkiem zamiast wyłącznika, stojąca na rogu drewnianej, malowanej ręcznie komódki, sprawiała wrażenie zmęczonej i sennej. Proste półki nad łóżkiem uginały się od książek, stert papierów i bibelotów. Z daleka ściana sprawiała wrażenie kolorowego tortu pełnego dziwnych bakalii i owoców. Zgodną harmonię brązów, przykurzonej, burej bieli i szarości, naruszały nieliczne kolorowe pasma żółci, i czerwieni. Suszone wrzosy, osty i bazie stłoczone w glinianym dzbanku chętnie rozsypały wokół pokruszone paprochy i pokryły się ciepłym kurzem. Zaostrzone nożem ołówki o miękkich, krecich noskach, zmieszały się z pędzlami i dłutkami, grafionami i kolorowymi kredkami. Zwinięte rulony papieru, pudełka z fotografiami i bruliony, utworzyły barwną mozaikę z kolorowymi słoiczkami i miseczkami pełnymi niezbędnych drobiazgów, z którymi tak trudno się rozstać i których niepodobna posegregować. Całość sprawiała wrażenie nienaruszalnej kompozycji, której każdy element był niesłychanie istotny i niezbędny. Starannie zamieciona, ciemna podłoga z szerokich desek nosiła liczne ślady farb i zarysowań. W kącie za drzwiami oparła się zamaszysta, wytarta jak kita starego lisa miotła gotowa na swój codzienny, powolny rytuał.
Najważniejsze jednak były okna. Niskie i opatrzone szerokimi, drewnianymi parapetami otwarte w przestrzeń, jak ekrany pełne blasku i niepokoju, niezmienne w swoim rytmie światła i cienia. Z fotela ustawionego tuż przy parapecie widać było drogę i cały ogród. Drzewo mieszkało za oknem, na dużej jasnej polanie. Było ogromne, rozłożyste i bardzo stare.
O człowieku, który mieszkał w domu przy drodze mówiono, że jest artystą. Jeszcze niedawno jeździł do miasta swoim starym samochodem. Odkąd jednak chodzenie sprawiało mu zbyt wiele bólu, zakupy z miasta przywozili sąsiedzi. Na kartce spisywał wtedy swoje specjalne zamówienia na książki, farby, gessa, dłutka i inne dziwne, tylko artystom potrzebne rzeczy. Czasami odwiedzali go hałaśliwi studenci. Przywozili wtedy ze sobą rysunki i pomysły, śmiali się i żartowali. Napełniali dom życiem, aż w oczach samotnego człowieka pojawiało się światło.
W piwnicy domu królował wielki piec do wypalania gliny. Jego metalowe drzwiczki otwierały się przyjmując łakomie dzbanki, talerze, figurki i inne dziwne przedmioty, które człowiek powierzał jego gorącemu wnętrzu. Piec wypalał je powoli i starannie, trzeszcząc, mrucząc i sypiąc niezliczonymi iskierkami, które gasły i zamierały na mosiężnej blasze przed jego paszczą. Obok leżały żelazne szczypce, i chwytaki, które bez strachu zagłębiały się i gmerały w jego brzuchu, nie czując leku przed płomieniami i żarem. Kiedy rytuał wypalania się kończył, a jego efekt był zadowalający, piec powoli usypiał. W popielniku długo jeszcze trwała gonitwa iskier, przygasanie i rozjarzanie. Pod warstwą miękkiego popiołu błądziły ostatnie płomyki i blask w piwnicy ustępował miejsca ciemności. Gdyby jednak ktoś zszedł na dół i położył dłoń na metalowym olbrzymie, poczułby, że on wciąż czuwa, gotowy przyjąć to, co powierzy mu wyobraźnia człowieka mieszkającego na górze.
Człowiek na górze mieszkał sam. W domu był jeszcze duży kudłaty wilczur, który wieczorami lubił kłaść się na ganku pod drzwiami i nasłuchiwać. Czasem odpowiadał szczekaniem wiejskim psom, których ujadanie słychać było w okolicznych ogrodach i przy drodze. Fotel przy oknie był ulubionym miejscem artysty. Widział wtedy cały pokój i to, co było za oknem. Na parapecie zwykle leżała mała poduszka, książka, stał też kubek z kawą i słoiczek z kostkami cukru. Obok na stole leżały dłuta, nożyki i pędzle. Wszystko było w zasięgu ręki i nie trzeba było wstawać by odszukać potrzebne narzędzia. Za oknem, zawinięte w folię, leżały duże i małe kulki zmarzniętej teraz gliny.
Dziewczyna lubiła pożyczać książki. Do biblioteki w mieście, było daleko, zresztą z chęcią przynosiła mu zakupy, z przyjemnością sprzątała i układała rzeczy, słuchając przy tym opowieści o wyprawach i ludziach, których kiedyś poznał. Pozwalał jej oglądać albumy z obrazami i zdjęcia z podróży. Każda książka i przedmiot miały swoją historię, prawdziwą i trochę zmyśloną, zawsze jednak ciekawą i inną niż wszystkie, które dotąd poznała. Lubiła, kiedy wyjmował z pieca swoje figurki i naczynia. Ustawiali je na stole, były jeszcze ciepłe i kolorowe, takie niezwykłe i przyjemne w dotyku. Czasami ją rysował, siedziała wtedy poważna i nieruchoma, czekając aż ustanie skrzypienie ołówka.
Rozmawiali o rzeźbie. To miała być jej postać, ledwie tylko okryta materiałem, prawie naga i odsłonięta. Nie czuła w sobie jeszcze tej odwagi i zaufania. Przekonywał ja powoli i cierpliwie, pokazując fotografie i reprodukcje. Opowiadał o pięknych kobietach, muzach i modelkach, świadomych urody swojego ciała, które nie wahały się by pozować znanym artystom. Słuchała nieufna i zaciekawiona i powoli pojawiło się między nimi ciche porozumienie, prawie przyzwolenie. By ją zachęcić mówił o swoich fascynacjach kobietami, o miłości i erotyce. Balansował na granicy jej wrażliwości i milkł, gdy czuł, że zbyt jest otwarty i śmiały. Mijały dni i dziewczyna coraz częściej przychodziła do domu pod dębem.
Znów przyszła wiosna, drogi rozmiękły i trzeba było prowadzić rower poboczem drogi, omijając kałuże i błoto. Drzewo w ogrodzie zaczęło się budzić, w gałęziach słychać było ruch, pogwizdywania i śpiewy, a ramiona starego dębu nie były już tak czarne i smutne. Znikły ostatnie kawałeczki lodu i miękka ziemia pod drzewem znów ożyła i zaczęła pachnieć.
Artysta coraz częściej siadał przy otwartym już oknie i patrzył na drzewo. (….) Gliniane bryłki na parapecie rozmarzały powoli, zrobiły się miękkie, kusiły palce i wyzwalały pragnienia. Czasami zasypiał z głową na poduszce, a słońce delikatnie dotykało jego karku. Widywał wtedy dziwne postacie, a polana pod drzewem pełna była ruchu i rozbieganych cieni.
Dziewczyna podjęła decyzję. Idąc rankiem do jego pracowni zabrała przeczytane już książki, które związane rzemykiem podskakiwały na bagażniku jej roweru. Myślała o pozowaniu, nadeszła wiosna, czuła się młoda i piękna. Miała na sobie jasną sukienkę i króciutką kurteczkę. W domu długo zastanawiała się nim wybrała bieliznę. Nie chciała być wyzywająca, ani zbyt skromna, myślała o tym jak będzie się rozbierać i co będzie czuła stojąc prawie nago na drewnianych deskach pracowni. Odwagi dodawał jej jego wiek i spokojna pewność siebie, z jaką mówił o pracy. Tłumaczył jej kolejne fazy powstawania rzeźby. Najpierw niezbędne będą szkice i rysunki, będą zmieniali pozy i szukali tej jedynej, która najpełniej odda intencje artysty………………./ fragment opowiadania/
Joanna Kinga Wędrychowicz












